NA ULICACH PARAGWAJU (moja pierwsza yerba)
W Paragwaju byłem wiele razy.
Po raz pierwszy w roku 2000. Pojechałem wtedy do mojego brata z „wizytacją duszpasterską”. Był styczeń, czyli mówiąc potocznie pojechałem do niego po kolędzie. Brat był wtedy świeżo upieczonym misjonarzem.
Wylądowałem w Brazylii, bo tak było najciekawiej (i najtaniej), a potem – już po ziemi – ruszyłem do Paragwaju. Zanim dotarłem do mego brata, zwiedziłem kawał Brazylii i najbardziej podejrzaną część Paragwaju. (O tej części zrobiłem Państwu odcinek „Boso” pt. MIASTO PRZEMYTNIKÓW.)

***

Moją pierwszą yerbę wypiłem w bardzo… BARDZO podejrzanej knajpie, zaraz po przekroczeniu paragwajskiej granicy. To nie było przejście graniczne dla normalnych ludzi. Urzędnik był zniesmaczony faktem, że wszystkie papiery mam w porządku i mnie za to zbeształ. Oni tam normalnie od wszystkich jak leci brali oficjalne łapówki, a ja… miałem wszystkie papiery w porządku, niczego nie przemycałem (tej pomyłki nie powtórzyłem już NIGDY potem), więc nie było za co brać „una pequena colaboracion”.
– Panie Gringo, ja tu mam bardzo małą pensję i bardzo liczną rodzinę, więc to nieludzkie, że pan żeś sobie załatwił niepodważalną wizę z naszej ambasady w… Europie! Czy naprawdę nie można było przyjechać normalnie, jak wszyscy, zapłacić… powiedzmy dziesięć dolarów i ja bym panu wbił wizę dowolną, lub nie wbił żadnej, a tak… No co mam Panu powiedzieć poza tym, że jest wielka dupa?
– Ma pan rację. I ta „wielka dupa” to jestem ja osobiście, bo ta niepotrzebna nikomu niepodważalna wiza kosztowała mnie nie chce pan wiedzieć ile, plus wycieczkę do najbliższej ambasady, która jest we Wiedniu, a Wiedeń to nie jest tanie miasto.
– Czyli obaj straciliśmy kupę forsy, tak?
– Jak najbardziej prawda, cała prawda i tylko prawda. Ja mogę teraz tylko obiecać, że już nigdy więcej nie przyjadę do Paragwaju z legalnymi papierami, tylko zawsze będę płacić za wszystko dopiero na granicy, co będzie korzystne finansowo dla obu umawiających się stron.
Po tej rozmowie byłem wysoce sfrustrowany, bo wiza (niepotrzebna!) plus Wiedeń (niepotrzebny!) kosztowały mnie fortunę (niepotrzebnie!).
Wszedłem do pierwszej napotkanej knajpy. Właściciel uniósł na mój widok brwi tak wysoko, że wylądowały mu na karku. Do tej knajpy nie wchodzili biali. A gdyby nawet weszli, to już nie wychodzili. Było we mnie coś dziwnego. A po tym, co zakrzyknąłem do niego, doszedł do wniosku, że może ja wyglądam jak biały, ale na pewno nie jestem. Niemożliwe.
– Yerby proszę! – powiedziałem stanowczo, bo do tej pory tylko czytałem o yerbie, tylko widywałem ją w czyichś ustach, ale osobiste doświadczenie chciałem zdobyć dopiero w ojczyźnie yerby, czyli w Paragwaju.

***

Czemu nie napiłem się yerby nigdzie wcześniej? Ha! Bo słyszałem wiele wypowiedzi Paragwajczyków na temat yerby pitej gdzie indziej. I wszystkie te wypowiedzi (gdyby je wyrazić w sposób w miarę kulturalny) brzmiały jakoś tak:
– Te durne kmioty Brazyluchy, Argentyńce i Urugwajce nie mają pojęcia co piją, ani jak to pić. Im można sprzedać włosy wyczesane z konia lub szpitalny siennik i wypiją. Bo kmiotami byli i kmiotami są, i się wcale nie znają na yerbie.
Po wielu latach picia yerby, muszę z pokorą stwierdzić, że Paragwajczycy mają rację. No… może niekoniecznie od razu „kmioty”, ale… no… w sprawie yerba mate… to jest najbardziej kulturalne określenie.

***

Pierwszą moją yerbę w życiu wypiłem w taj knajpie zaraz za granicą. Było popołudnie zamieniające się w wieczór, czyli pora najbardziej NIE–odpowiednia do picia yerby. Dlatego właściciel knajpy kompletnie postradał zmysły i grzecznie wykonywał polecenia wszelkie. Gdybym mu kazał fikać kozły na żyrandolu, poszedłby kupić żyrandol, zamontowałby go we wskazanym miejscu i fikał.
Yerba mi wtedy nie smakowała i on to widział. Był tym faktem przerażony. Następnie poszedłem do sklepu po drugiej stronie ulicy i tam zakupiłem moje pierwsze matero – palo santo owinięte blachą, na spodzie pieczęć z napisem Industria Paraguaya. Mam ten egzemplarz do dzisiaj, i służy teraz za „wzór do rozmnażania”, gdy produkuję własne matera.

***

Mego brata–misjonarza spotkałem dopiero po kilku dniach, może po tygodniu. Większość Polaków pisałaby o nim ”brat cioteczny” lub „kuzyn”, ale myśmy tyle czasu chowali się razem w leśniczówce u mojej kochanej ciotki Bożenki, że on jest dla mnie „brat” tak samo jak bracia Jezusa z Ewangelii.
Najpierw dojechałem do domu zakonnego w stolicy kraju Asuncion. Ta nazwa oznacza Wniebowzięcie (Najświętszej Marii Panny) i… czułem się tam wniebowzięty. To były czasy wyjątkowe i bardzo dobre. Zakon złożony z 20 Polaków–misjonarzy i jednego miejscowego, który siłą rzeczy musiał asymilować polskie obyczaje, gdy wszyscy spotykali się na polskiej Wigilii lub polskim śniadaniu wielkanocnym. (Ten jeden miejscowy został biskupem, a potem nawet prezydentem Paragwaju, ale to osobna historia.) Czułem się w tym polskim domu doskonale i to tam nauczyli mnie jak pić yerbę. Gdy to zrobili zaczęła smakować inaczej niż w tamtej pierwszej knajpie pod granicą.

***

Po kilkunastu latach, gdy znów jechałem do Paragwaju, ale tym razem z moją ekipą TV, by nakręcić serię „Boso…” za przewodnika wziąłem sobie jednego z tamtych – księży misjonarzy. Nie spotkałem go osobiście w roku 2000, ale został mi polecony przez moich starych kumpli jako „najlepszy do tej roboty”.
Spotkaliśmy się na parkingu koło Supermercado. Miał termos i matero. Miałem i ja. Ale on miał yerbę paragwajską, a ja – wstyd powiedzieć – argentyńską, bo lądowanie samolotu było w Buenos.
– Co pijesz? – pytam.
– Kurupi.
– A czemu nie Pajarito?
– Pajarito było doskonałe, gdy byleś tu po raz pierwszy, ale teraz… smakuje jak stare szmaty.
– Czyli Kurupi?
– Może być jeszcze Campesino, ale ja wolę Kurupi.
Byłem sceptyczny, bo gust jest zawsze osobisty, ale posmakowałem i zasmakowało.
Dnia następnego przeszedłem się ulicami i pytałem kolejnych ludzi co oni piją. Wszyscy odpowiadali:
– Kurupi, a bo co, Gringo?
– Oczywiście, że Kurupi.
– Tylko i wyłącznie Kurupi.

***

Kilka miesięcy potem do Paragwaju pojechał mój socio, czyli kumpel, który zajmuje się wraz ze mną importem yerby i egzotycznego drewna. On też był sceptyczny, ale gdy przeszedł się ulicami i popytał ludzi, wszyscy odpowiadali mu to samo:
– Kurupi.
– Oczywiście, że Kurupi.
– Tylko i wyłącznie Kurupi.
Na podstawie tego „badania rynku” zawarliśmy kontrakty na import tej właśnie marki. Sam to piję od lat. Codziennie. A gdy mi przestanie smakować, uczciwie Państwu o tym powiem i zacznę handlować inną marką.
Tak, wiem, ja już teraz handluję innymi markami, ale… raczej dla ozdoby – żeby w moim sklepie były też rzeczy, którymi handluje konkurencja. Po co konkretnie? Posłuchajcie…
Agnieszka, która prowadzi mój sklep, napisała mi kilka dni temu tak: Rozdarła nam się torebka Mate Green Lemon, więc wzięliśmy do konsumpcji w magazynie. Matko, jakie to obrzydliwe! Ten Twój czysty Tradicional dla twardzieli jest przy tym pałacową rozkoszą!

0 komentarzy

Wyślij komentarz

DZIENNIK ROZRYWKOWY

OSTATNIE WPISY

TRUDNE DZIECIŃSTWO

Mój Menago poprosił, bym zrobił cały program oparty wyłącznie na moich przygodach z dzieciństwa, a nie z dżungli. Zrobiłem.

RZUT NOŻEM

Mam u mnie na wsi w PL duży plaster drewna wycięty z grubej sosny. Ustawiłem go na drewnianym trójnogu i służy do rzucania nożami. W USA...

AUDYCJA PODZWROTNIKOWA

W radiu WNET mieliśmy kilka przerw, każda z nich była naturalna. Nadawaliśmy ostatnio w kratkę, bo albo Lany Poniedziałek, albo Dzień...

MATERO ZE SZKŁA

Ten pomysł ma ponad dziesięć lat - matero ze szkła, bardzo proste w utrzymaniu i do zrobienia w Polsce. Bo Polska słynie na cały świat z...

DZIENNIK POLITYCZNY

OSTATNIE WPISY

Wizyta w Kijowie

Prezydenci Polski i krajów bałtyckich w Kijowie.  Bezpieczeństwo spotkania zapewniła Polska i Ukraina. W JAKI SPOSÓB? DOGADALI SIĘ Z...

NA STOJAKA

Zły przegania z miejsca na miejsce.Zły w tym przypadku nosi imię GW.Złemu udało się zastraszyć kolejno każdą z sal w Poznaniu.Została nam...

MORALE

Lecę właśnie z USA. Tak akurat teraz!Polska moja matka i chcę przy niej być w trudnym czasie, a nie tylko martwić się z daleka.Nastroje w...

Koszyk
Koszyk jest pusty
Kontynuuj zakupy
0