Gringo wśród dzikich plemion

Gringo wśród dzikich plemion

AUTOR:

WOJCIECH CEJROWSKI

302 strony, 106 fotografii

500 000 sprzedanych egzemplarzy!

Z autografem Wojciecha Cejrowskiego!

 

Gringo wśród dzikich plemion przebija dwukrotnie poziom sprzedaży bestsellerów książkowych w Polsce.

37,00 

Na stanie

Często kupowane razem (tutaj taniej!)

Rio Anaconda

AUTOR:

WOJCIECH CEJROWSKI

456 stron, ponad 120 fotografii

Wyprawa do amazońskiej dżungli, na ziemie Indian Carapana.

Z autografem Wojciecha Cejrowskiego!

Jeśli nie wiesz czego się spodziewać po pisarstwie WC, zmieszaj Życie seksualne dzikich, Sto lat samotności oraz Autostopem przez galaktykę w równych proporcjach. Wyjdzie z tego reportaż magiczny z ogromnym poczuciem humoru…

Oto Gringo wśród dzikich plemion

Jest to książka przygodowa i podróżnicza. Mądra, a jednocześnie pełna humoru. Sprawia, że czytelnik zaczyna się śmiać na głos. Ponad sto fotografii z wypraw w najdziksze rejony świata. Wojciech Cejrowski zabierze Państwa na wyprawę do ostatnich dzikich plemion.

 

Gringo… dostałem na Gwiazdkę i przeczytałem w święta, turlając się pod choinką.
– Marek

Powiem wprost, za Autorem, a raczej tym jak swoje poglądy prezentuje, nie przepadam. Ale książka jest niesamowita. Napisana tak, że może zaciekawić nawet kogoś takiego jak ja, kto nie interesuje się zbytnio kulturą Ameryki Środkowej i Południowej. Sporo informacji, których na pewno nie znajdzie się w tradycyjnych przewodnikach. Ciekawe anegdoty, dużo specyficznego humoru, ciekawe spostrzeżenia, a nawet autoironia. Czyta się szybko. Każdy rozdział wzbudza zainteresowanie. Polecam.
– Adam

To pierwsza podróżnicza książka Wojciecha Cejrowskiego, z którą się spotykam. Wiele dobrego słyszałam o tym tytule, wybór więc padł na “Gringo wśród dzikich plemion”. I był to bardzo celny strzał, gdyż książka okazała się ciekawa, pełna przygód nierzadko okraszona humorem.

Większość książki przeczytałam szybko i z dużym zainteresowaniem. Może poza dwoma ostatnimi rozdziałami. Wiele można mówić o Autorze, gdyż jest to postać kontrowersyjna, wywołująca u niektórych różne emocje. Można się zgadzać z jego poglądami lub nie, ale z pewnością nie można mu zarzucić, że jego książki (a także programy telewizyjne) są nic nie warte. Dużym atutem tytułu są liczne, barwne fotografie oraz lekki styl pisania.
Książkę polecam nie tylko fanom podróży po świecie. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
– Anna

Fragment książki Gringo wśród dzikich plemion :

***

Będzie to opowieść o tropikalnej puszczy.
A także o ostatnich wolnych Indianach.
I o pewnym białym człowieku, który zamieszkał pośród nich.
Choć od pewnego czasu w ogóle nie nosi butów, zamiast majtek wkłada przepaskę biodrową, a jedzenie zdobywa za pomocą dmuchawki, jest on w gruncie rzeczy taki sam jak Wy. Też kiedyś czytał książki podróżnicze i marzył o dalekich lądach.

Pewnego dnia wstał z fotela, zarzucił sobie na plecy lodówkę i poszedł na pobliski bazar. Wkrótce potem wrócił, wytarł kurz w pustym miejscu po lodówce, a następnie zaczął pakować plecak. Głęboko w kieszeni miał mały zwitek pieniędzy i świeżą rezerwację na samolot.

Tak się to wszystko zaczęło.

 

Ale od tamtych wydarzeń minął już szmat czasu, natomiast całkiem niedawno, nad jednym z mało znanych dopływów Amazonki…

…brazylijski oddział wojskowy natknął się na ukryte w dżungli tajemnicze obozowisko. Dookoła, w promieniu wielu dni łodzią, nie powinno być żywej duszy. Obszar wielkości Belgii pozostawał niedostępny dla ludzi – oficjalnie jako ścisły rezerwat i strefa przygraniczna, a w praktyce jako ziemia tak niegościnna, że wciąż niezdobyta. Skąd więc nagle pośrodku tej głuszy ślady ogniska oraz całkiem nowa maczeta wbita w pień? Kto tu był, skoro wojsko bardzo dokładnie pilnowało, żeby tu nikogo nie było? Kto i dlaczego porzucił w lesie trzy hamaki, zawieszone pod daszkiem z palmowych liści?

Dwa z nich uplecione indiańskim sposobem – z łyka – nie wzbudziły szczególnego zainteresowania. Ale ten trzeci wywołał sensację. Wykonano go z cienkiej nylonowej płachty, którą po zwinięciu i zgnieceniu dawało się upchnąć w kieszeni spodni. Dowódca patrolu testował to kilkakrotnie: z zachwytem i niedowierzaniem zwijał hamak, chował do kieszeni, potem wyciągał, rozwijał, znowu zwijał, chował… W końcu znudził się, zwinął po raz ostatni, wcisnął w kieszeń i..

– Koniec cyrku!! Nie gapić się! – warknął na żołnierzy wpatrzonych zazdrośnie w jego wypchaną kieszeń.

Warknął bardziej dla zasady, bo powód do zazdrości był wyjątkowo uzasadniony: takich hamaków nie można kupić w żadnym sklepie – znajdują się wyłącznie na wyposażeniu oddziałów specjalnych, są wydawane za imiennym pokwitowaniem, a po akcji trzeba je zdać do wojskowego magazynu.

No i tu tkwił problem: Co oznaczało pojawienie się takiego hamaka na tym odludziu? Dlaczego dyndał pozostawiony w lesie? Kim był jego właściciel? I gdzie był teraz?

Po konsultacji przez radio, dowódca patrolu otrzymał z bazy w Tabatinga wiadomość, że dwa miesiące wcześniej po okolicy kręcił się pewien biały człowiek. Rozpytywał o możliwość wynajęcia łodzi, dwóch wprawnych myśliwych i przewodnika. W przeciwieństwie do innych gringos, odwiedzających te strony, nie interesowały go ani obserwacje egzotycznego ptactwa, ani poszukiwania rzadkich gatunków orchidei. Nie łapał też motyli do kolekcji. Chciał odnaleźć pewne indiańskie plemię o którym wiadomo trzy rzeczy: jest dzikie, krąży po dżungli stale zmieniając miejsce pobytu i zdecydowanie nie chce, by je ktoś odnalazł.

Niechęć ta przybiera niekiedy znamiona ostentacji. Wówczas na wścibskich intruzów sypią się charakterystyczne czarne strzałki wystrugane z twardego rodzaju drewna. Końcówki tych strzałek mają kolor czerwony, co oznacza, że umoczono je w gęstej, dobrze skoncentrowanej mazi, którą zwykło się określać słowem kurara.

Myśliwi oraz przewodnik, których biały człowiek w końcu znalazł i najął, wrócili do Tabatingi już jakiś czas temu, ale o nim samym nikt nic nie wiedział. Prawdopodobnie także wrócił i zaraz potem odjechał do swego kraju.

Po odebraniu powyższych informacji i wyłączeniu radia, dowódca postanowił wydać komendę “Do łodzi!”. Niestety nie zdążył. W chwili, gdy otwierał usta, wleciała mu przez nie mała czarna strzałka. Utkwiła w gardle u nasady języka. Charknął krótko, padł na ziemię, wierzgnął raz czy dwa i momentalnie znieruchomiał.

Zza otaczających obozowisko chaszczy wyleciało jeszcze kilka takich strzałek. Wszystkie były celne. I wszystkie równie zatrute, jak ta pierwsza.

W ciszy, która nagle zapadła, nie dało się usłyszeć nic. Jedynie bardzo wprawne oko myśliwego mogłoby się domyślić kilkunastu nagich ludzkich sylwetek prawie niewidocznych pośród zarośli.

Jedna z tych sylwetek wyszła z gęstwiny, schyliła się nad ciałem dowódcy, wyciągnęła mu z kieszeni hamak i bezszelestnie pobiegła w ślad za pozostałymi członkami swego plemienia, którzy szybkim krokiem oddalali się już z tego miejsca.
Potem, stosownie do okoliczności, nad pobojowiskiem zapadła grobowa cisza.
Kilka godzin później, ciszę tę przerwało coś jakby stęknięcie.
Po dłuższej chwili jeden z trupów mrugnął powieką.

W tym samym czasie kilka metrów dalej ręka martwego dowódcy uniosła się ponad butwiejącą ściółkę…

… i opadła.

Uniosła się znowu…

… i znowu opadła.

Gdyby ktoś żywy obserwował tę scenę to prawdopodobnie albo by zmartwiał ze strachu, albo z wrzaskiem uciekł w ciemny las – pośród zapadającego zmroku umarli budzili się do nocnego życia.

W pewnej chwili, z wyraźnym wysiłkiem, trup dowódcy sięgnął sobie do gardła i wyrwał zatrutą strzałkę. Zaraz potem zwymiotował.

Wkrótce wszystkie trupy poszły w jego ślady. Też zwymiotowały.

To był znak, że trucizna powoli przestaje działać. Ustąpił paraliż, stężałe mięśnie zaczęły się poruszać, z oczu odeszła mgła.

Porażenie indiańską trutką na małpy bardzo przypomina śmierć. Podobnej mikstury używają czarownicy voodoo do produkcji zombi. Nawet wprawni lekarze dają się zwieść i często wypisują akty zgonu. A potem pod rękami sprytnych szamanów-szarlatanów “trupy” ożywają i na oczach przerażonej gawiedzi wstają z grobów. (Albo ktoś, kto się naraził czarownikowi, budzi się wewnątrz trumny zakopanej dwa metry pod ziemią.)

Żołnierze mieli bardzo dużo szczęścia, że tego dnia trafili na grupę myśliwych, a nie na wojowników. Wojownicy noszą ze sobą strzałki śmiercionośne, zatrute kurarą, ci zaś mieli tylko strzałki paraliżujące – na małpy, a nie na ludzi. Kiedy Indianie polują, wcale nie zależy im na zatruciu zwierzęcia (którego mięso będą przecież potem jeść) – chodzi tylko o to, żeby zwierzę spadło z drzewa, lub przestało uciekać.

***

Więcej opinii można książce Gringo wśród dzikich plemion można przeczytać na stronie Lubimyczytac.pl

 

Polecana przez autora kolejność czytania książek:

Książki Wojciecha Cejrowskiego

 

 

A tak Wojciech Cejrowski podsumowuje 18-lecie swojej pierwszej prawdziwej powieści we wpisie w Dzienniku Pokładowym.

Z tylnej okładki Gringo wśród dzikich plemion:

Notatki z podróży Jacka Pałkiewicza:

Marzec 1999, Lethem (Gujana)
Planowany od dawna wyjazd do Indian Wai Wai nie dochodzi do skutku. Mike, właściciel łodzi nad rzeką Essequibo, zaskoczył mnie informacją: Tydzień temu wyruszył tam pewien Polak. Jak się nazywał? Tzejrowki.
Luty 2000, Asuncion (Paragwaj)
Mój najbliższy cel: wędrowne plemiona Indian w rejonie Gran Chaco. Żołnierz Gwardii Narodowej kontrolujący dokumenty, przypomina sobie: Niedawno jechał tędy Polaco. Wysoki, szczupły facet…
Znowu Wojtek.
Luty 2002, Leticia (Kolumbia)
Zamierzam dotrzeć do Indian Marubo, żyjących z dala od naszej cywilizacji. …Zmieniam program, bo Jorge, miejscowy przewodnik, opowiada, że kilka dni wcześniej wyruszył tam jakiś Europejczyk. Nazywał się Zejrovki.
Chwilowe uczucie zawiści przemieniło się wkrótce w głęboki podziw.
Chylę czoło przed tym globtroterem.

– Jacek Pałkiewicz

 

Wydawnictwo Bernardinum
Rok wydania 2015
Ilość stron 302 s.; 106 fotografii
Oprawa twarda

Informacje dodatkowe

Waga 1 kg
Wymiary 14 × 21 × 3 cm
ISBN

9788378236061

Autor

Wojciech Cejrowski

Recenzje

Napisz pierwszą opinię o „Gringo wśród dzikich plemion”

Pin It on Pinterest

Twój koszyk
0