Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian

Promocja!

Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian

AUTOR:

Arkady Fiedler

Seria Biblioteka Poznaj Świat

288 stron

 

Podróż do ostatniej wioski plemienia Wai Wai – daleko na południe, w dżunglę na pograniczu Gujany i Brazylii.

31,00 

Pozostało tylko: 8

Majowie. Reaktywacja

AUTOR:

Arkady Radosław Fiedler

Seria Biblioteka Poznaj Świat

212 stron

 

Autor przybliża kulturę współczesnych Majów z Meksyku.

Arkady Fiedler Gujana Spotkałem szczęśliwych Indian

Arkady Fiedler (1894-1985)

Najbardziej znany z polskich podróżników – jego książki przetłumaczono na ponad dwadzieścia języków. W ciągu długiego życia odbył trzydzieści wielkich wypraw po całym świecie. Zaczął w roku 1927 ekspedycją myśliwską na północ Norwegii, a ostatni raz udał się do Afryki Zachodniej w roku 1981; miał wtedy 87 lat.
Początkowo ruszał w świat jako łowca zwierząt dla ogrodów zoologicznych. Z czasem jednak zwyciężył w nim pisarz.
Przez kilkadziesiąt lat był najpopularniejszym autorem w Polsce. Oto liczby: między wydaniem pierwszej a ostatniej książki minęło 65 lat, w sumie opublikował 32 tytuły w łącznym nakładzie 10 milionów egzemplarzy(!!!). Rekordzistą jest słynny Dywizjon 303, opowieść o polskich pilotach walczących w bitwie o Anglię – jej łączny nakład to ponad półtora miliona egzemplarzy.

Ja też byłem w Gujanie, tyle że prawie pół wieku po Arkadym Fiedlerze. I też spotkałem tam szczęśliwych Indian, lecz… byli to Indianie ostatni, nieliczni, zanikający. Była to podróż do ostatniej wioski plemienia Wai Wai – daleko na południe, w dżunglę na pograniczu Gujany i Brazylii. (Opisałem tę wyprawę w książce Gringo wśród dzikich plemion wydanej w tej samej serii).

Świata opisanego przez Arkadego Fiedlera już nie ma. Świata opisanego przeze mnie kilkadziesiąt lat po Fiedlerze też już nie ma. Coraz trudniej spotkać szczęśliwych Indian. Coraz rzadziej udaje się spotkać Indian w ogóle…
– Wojciech Cejrowski

Recenzja:

Znany wszystkim Czytelnikom z bardzo wielu opisów awanturniczych i niesamowitych w swym wyrazie i przebiegu perypetii, łowca przygód, a także niezwykle skuteczny myśliwy, tropiący dziką zwierzynę tylko po to, by ją umieścić w ogrodach zoologicznych – Arkady Fiedler i tym razem przenosi Czytelnika na bardzo egzotyczny ląd, do Gujany Brytyjskiej, gdzie gorąco, rozkiełznanie i rozwydrzenie są tak wielkie, iż zadziwiają nawet tak wytrawnego podróżnika, jak autor prezentowanej książki. Fiedler relacjonuje w sposób prawdziwie reporterski na przykład to, co dzieje się w samym wirze walki i to walki w dosłownym – jak pisze – tego słowa znaczeniu. Spór, który właśnie rozgorzał, toczy się nie tylko na słowa rzucane z wściekłością, ale także na karabiny i rewolwery, na noże i pożary – kontynuuje znakomity reporter i doskonały podróżnik. Fikcja przeplata się w tym niezwykle dynamicznym reportażu literackim z faktami. Syntezy historyczne nakładają się na wydarzenia nam współczesne. Dynamika opowieści oraz niebywała egzotyka tej niecodziennej, żywiołowej reporterskiej relacji pochłonąć mogą zaciekawionego przebiegiem zdarzeń i splotem burzliwych sytuacji Czytelnika bez reszty i opamiętania. Dlatego w trakcie lektury tego utworu niezbędna będzie zapewne chwila refleksji, zadumy, która stworzy rozsądny dystans do tego, co w tej książce zostało zapisane i uwiecznione na wielu barwnych, albumowych wręcz fotografiach.
– Marek Biegalski

Fragment książki Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian:

***

37. GAFY

Pożegnawszy się z Leslie Barkerem, dziwnym człowiekiem, bo wychowawcą Indian, a tak ich surowo, rzekłbyś: wrogo, osądzającym — wróciłem do „quartier latin”, gdzie był sklepik spożywczy Paruimy. Towarzyszyli mi Paul i Leona. Minęła godzina dziesiąta, jednak słońce nie męczyło: byliśmy, jak przypuszczam, na wysokości Zakopanego. Leona miała szesnaście lub siedemnaście lat, ale była ogromnie rozwinięta, szeroka w ramionach, pasie i biodrach: kloc.
Daniel Rambrose, nauczyciel w „quartier latin”, sam sprzedawał i zawiadywał sklepem, otwartym w ciągu dnia na godzinę czy dwie. Nabyłem u niego sproszkowanego mleka, masła arachidowego, płatków owsianych, ovaltiny, cukru i sera. Wszystko produkty sprowadzane z Georgetown i srodze jarskie, a ponieważ nie dostałem sardynek ani mięsa w puszce i trzeba było udawać jarosza.
Dom gościnny, czyli Rest House, jak go tu nazywali, w którym miałem mieszkać, był solidnym, dwuizbowym, drewnianym budynkiem na wysokich palach, podobnym do innych chat zamożniejszych Indian, z tym tylko, że zamkniętym na kłódkę. Klucz do kłódki posiadał mrukliwy starzec imieniem David. Paul przekazał mu polecenie kierownika szkoły, by otworzył dla mnie drzwi domu, ale David tylko spojrzał na mnie spode łba i dalej strugał z drewna małe dziecinne czółenka. Zabawki były ubożuchną lichotą, a więc paruimska cepelia, tak samo jak inne na świecie, nie płodziła arcydzieł.
Dopiero po dobrym kwadransie David zechciał przerwać struganie i niechętnie, z ciężkim sercem, odszedł po klucz. Tymczasem dokoła mnie i domu gościnnego zebrało się sporo Indian, ciekawie spozierających na białego przybysza.

Jako adwentyści pozbyli się już od pokolenia nieśmiałości wobec Europejczyków, więc patrzyli na mnie jak na interesujący eksponat na wystawie. Podczas gdy ja siedziałem na schodach do mego domu i czekałem na powrót Davida, oni wyrażali między sobą swe poglądy o mnie z nie ukrywanym przekąsem, chociaż bez wyraźnej wrogości. Paul spełniał rzetelnie swą czterodolarową powinność: przekonywał ich do mnie, zachęcał i wyjaśniał, że diabeł, nawet biały diabeł, nie taki zły jak wygląda.
W pewnej chwili Paul oświadczył mi, że ludzie Paruimy pragną wiedzieć, dlaczego tu przyjechałem.
Chciałbym złowić kilkaset tutejszych motyli — odrzekłem.
— Do czego ci tyle motyli? — zainteresowali się Paul i ci wszyscy, którzy rozumieli język angielski.
Ciemnych, zacofanych dzikusów w takich wypadkach uspokajało się bujając ich, że motyle służyły do wyrobu lekarstw. Ale mieszkańcy Parujmy nie byli już dzikusami.
— Zbieram motyle dla szkół w Polsce — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Łowiłem już nad Amazonką, teraz chcę tutaj spróbować…
Ale prawdomówność w Paruimie jeszcze, czy już, nie popłacała: ludzie nie dali mi wiary, odnieśli się z nieufnością.
— Jak to: dla szkół?! — ogarnęło ich zdumienie. — Czemu przed nami ukrywasz prawdę? Czemu nie chcesz się przyznać, że z motyli robisz lekarstwa?
— Bo nie robię! — parsknąłem.
— Kilku tu przed tobą już łowiło motyle — zapewniali mnie z wyższością ludzi nie bitych w ciemię — a wszyscy mówili, że robią z motyli lekarstwa! A ty co? Czemu kręcisz?
— Ja nie robię lekarstw — upierałem się nieszczęsny.
— Niedawno temu przyjechał tu ze Stanów przyjaciel pastora Tolla — zgromił mnie jeden z nich — i my mu wierzymy: on łowił motyle, żeby robić lekarstwa!…

Wyraźnie był to argument najwyższy, nieodparty. Przestałem obstawać przy swoim, poddałem się.
— Ja osobiście lekarstw nie robię — dukając przyznałem się do winy — ale może szkoły, które dostają moje motyle, fabrykują lekarstwa?
— Na pewno! Niechybnie! A widzisz?! — zatryumfowali mieszkańcy Parujmy i odnieśli się do mnie przyjaźniej.
Ale tylko na krótko. Po chwili popełniłem nową gafę i okrutnie ich zawiodłem. Od dawien dawna przyzwyczajono ich do tego, że przyjaciele pastora Tolla przywozili ze Stanów Zjednoczonych fury lekarstw i darmo je tu rozdawali jako propagandę swej dobrej woli. Wytworzyła się u indiańskich adwentystów mania lekarstw, obłędna wiara w zamorskie lekarstwa (do diabła, znowu zapachniało mi własną ojczyzną!).Ludzie ci uważali, że każdy biały, tu przybywający, winien dostarczać im leków. Obojętne jakich, byle leków.
Gdy im oświadczyłem, że mam lekarstw niewiele, tyle prawie co nic, gorzko ich rozczarowałem. Patrzyli na mnie, jak gdybym ich skrzywdził albo oszukał, i zasmuceni zaczęli się oddalać.
Wtedy przechodził obok mnie dwunastoletni chłopiec z książką pod pachą, zapewne uczeń Barkera. Zaciekawiłem się tym, co on czyta, i przywołałem go do siebie. Posłusznie przyszedł i pokazał mi książkę.
Były to historie biblijne, wydane w bogatej szacie graficznej i pełne nieodpartych obrazków, częściowo ślicznie wielobarwnych. Niestety, zarówno tekst jak ryciny odznaczały się makabryczną naiwnością, nastawioną na maluczkich i ubogich duchem. Roiło się tam od dziwacznych wężów, piekielnych ogni, zdradzieckich poczwar i diabłów. Wiało z kart zatęchłym średniowieczem, ale książkę wykonano na najwyższym poziomie poligraficznej techniki dwudziestego wieku. Printed in USA, oczywiście.
Siedząc wciąż na schodach domu gościnnego i przerzucając stronice książki, ujrzałem fantastyczny wizerunek Boga, przedstawionego w nieprawdopodobnej glorii napuszonych kolorów. Wydawcy książki wysadzili się jak niebożętą i podziwiałem ich kunszt z rzetelną dozą humoru.
Chłopak stał tuż przy mnie i widok tak jaskrawego Boga wy wołał w nim należyte wrażenie. Przejęty nagłym wzruszeniem, wyrostek chciał prawie klęknąć, lecz nie uczynił tego, natomiast pobożnie zerwał czapkę, jaką miał na głowie. Ponieważ ja nie zdjąłem mej furażerki, obraziłem Boga. Wyrostek oburzył się. Zmierzywszy mnie nieprzyjaznym wzrokiem warknął coś niemiłego pod nosem, wyrwał mi z rąk książkę i poszedł. Nie ukrywał swej wrogości.
Nareszcie wrócił David z kluczem, ale był strasznie ważny i jeszcze długo trzymał mnie na dworze, zanim raczył wpuścić do domu.

Zakipiało we mnie uciesznym przeczuciem, że wpadłem oto w świat cudownego absurdu. Pałali tu dziwaczną miłością do białego Boga, a równocześnie niechęcią do białego człowieka.
Ciekawie zapowiadały się następne dni.

***

Opinie o książce Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian można przeczytać na stronie Lubimyczytac.pl

 

Wydawnictwo Bernardinum
Rok wydania 2010
Ilość stron 288
Oprawa twarda

Dodatkowe informacje

Waga 1 kg
Wymiary 30 × 20 × 4 cm
ISBN

9788373807945

Autor

Arkady Fiedler

Recenzje

Napisz pierwszą opinię o „Gujana. Spotkałem szczęśliwych Indian”

Pin It on Pinterest

Twój koszyk
0