Strona główna
Moje zapiski bieżące oraz Wasze odpiski i reakcje
Książki moje i nie tylkoROZWIŃ / ZWIŃ
"Rio Anaconda"
"Gringo wśród dzikich..."
"Gringo ..." (zapachowa)
"Podróżnik WC"
"WC na końcu Orinoko"
"Sól do oka"
"Młot na lewicę"
"Kołtun się jeży"
Biblioteka "Poznaj Świat"
Audycje radioweROZWIŃ / ZWIŃ
Pocztówka dźwiękowa
Audycja podzwrotnikowa
Trójka Przekracza Granice
Na drugim końcu globusa
Lista Przebojów Country
Stajnia WC
WC w telewizjiROZWIŃ / ZWIŃ
Boso przez świat
Podróże z żartem
Z kamerą wśród ludzi
WC Kwadrans
Zdjęcia mojego autorstwa, głównie z wyprawa w tropiki...
Opowieści, mapy, itp.ROZWIŃ / ZWIŃ
Sterta wywiadów
Sterta wycinków
Opowieści
Mapy
Country
Yerba Mate
Życiorys WC
Zdjęcia, okładki, informacje prasowe
Jestem do wynajęcia - może któraś z moich ofert się nada
Sklep kolonialny
Telepapuga
Tu można kupić bilety na WC SHOW i inne imprezy
Wyprawy dla Was
Gdyby ktoś chciał do mnie napisać, to proszę
Tu się możecie zarejestrować, zalogować i wylogować

in English
Opowieści
OSTATNIA WIOSKA

Pogranicze Gujany i Brazylii.

Pięćdziesiąt lat temu okolica ta roiła się od tubylców z plemienia Wai Wai. Do naszych czasów Indianie ci w większości wymarli albo zostali wybici przez garimpeiros. Pozostała reszta, stopniowo porzuca dzikie życie w dżungli. Młodzi przenoszą się na łono cywilizacji, a tam prawie natychmiast tracą plemienną tożsamość i toną w morzu bezimiennej biedoty.

Dzikich Wai Wai przetrwało niewiele ponad dwustu. Dzikich czyli takich, którzy wciąż jeszcze żyją w kulturze pierwotnej: Groty do swoich strzał wyrabiają z połupanych kamieni; cięciwy łuków z trzewi i ścięgien tapira; drewniane ostrza dzid utwardzają w ognisku; jadają wyłącznie to, co da im tropikalny las; i unikają kontaktu ze światem zewnętrznym. Tylko ich stroje coraz częściej, pochodzą z importu.


Ostatni dzicy Wai Wai wiedzą sporo o naszej cywilizacji. Słyszeli opowieści, trochę widzieli na własne oczy. Znają nawet pieniądze.Tyle że w ich świecie są one całkowicie nieprzydatne.

Do najbliższego sklepu musieliby najpierw płynąć czółnem, a następnie iść piechotą w sumie kilkanaście dni. W jedną stronę! Co ja mówię "sklepu", to nawet nie jest porządny stragan - ot, drewniana szopka wielkości szafy, ustawiona na pograniczu dwóch światów - dżungli i cywilizacji. Cywilizacja dostarcza tam, od czasu do czasu, niewielki asortyment plastikowej tandety Made in China, a Indianie przynoszą suszone mięso upolowanych zwierząt oraz wędzone ryby. Handel jest wymienny. Papierowe pieniądze przyjmowane są jedynie w drodze absolutnego wyjątku.

Wyruszając na wyprawę do Wai Wai-ów wiedziałem o tym i byłem przygotowany wymieniać towar za towar. Tuż po przybyciu do ich wioski, postanowiłem kupić łuk, strzały, przepaskę biodrową oraz kilka innych artykułów pierwszej potrzeby. Chciałem w ten sposób zyskać przychylność Indian. Biały, czyli gringo, który ubiera się tak jak oni wzbudza szacunek. Oddałem więc ubranie, które miałem na sobie w zamian za tubylcze stroje i ozdoby.

Łuk był mi niezbędny jako atrybut męskości - bo tylko baby i dzieci nie noszą broni. Nawet mali chłopcy robią sobie łuki-zabawki i nigdy się z nimi nie rozstają. Potem wynająłem szałas, kupiłem zapas żywności oraz zapewniłem sobie usługi dwóch najlepszych tropicieli dzikiej zwierzyny.

Niestety trochę przeszarżowałem z hojnością i teraz wszyscy chcieli ze handlować, a mnie wkrótce zabrakło przedmiotów na wymianę. Bezradny zaproponowałem pieniądze. Wówczas przekonałem się ile są warte w dżungli.

Indianie wyznaczali ceny w rodzaju: "jeden pieniądz", "dwa pieniądze". Nie liczyły się nominały, tylko SZTUKI. Banknot był przedmiotem - podobnie jak haczyk na ryby albo maczeta. Nie miał wprawdzie żadnej wartości użytkowej, ale ładnie wyglądał i można go sobie było pooglądać.

Zawartość mojego portfela zamieniła się nagle w wygniecione papierki z obrazkami. A pośród nich najmniej warte okazały się dolary USA - na nikim nie robiły wrażenia, bo w dżungli, wszystko jest zielone jak dolary. W dodatku przy pocieraniu szorstkim paluchem dolary brudzą, więc Indianie doszli do wniosku, że zapleśniały i są zepsute.

Na szczęście miałem także dolary Made in Guyana. Na światowym rynku walutowym warte niewiele i z każdą sekundą coraz mniej, ale u Wai Wai-ów dużo lepsze od amerykańskich, bo kolorowe! Wtedy po raz pierwszy w życiu przekonałem się, że są jeszcze na Ziemi takie miejsca, gdzie pieniądze się nie liczą. W świecie Indian walutą jest praca, sól, żelazne groty do strzał, noże, siekiery, strzelby. A ja mam zawsze przy sobie jeszcze coś...

Posłuchajcie...

WIELKA MOC

Namydliłem się i spłukałem w wodzie po kostki. Głębiej w rzekę bałem się wchodzić ze względu na piranie i węgorze elektryczne. (Mógłbym do tego dodać także raye, canero , jadowite kolce powywracanych palm, no i królową podwodnych niebezpieczeństw - anakondę. Tylko po co dodawać cokolwiek, skoro samotna pirania jednym kłapnięciem potrafi odgryźć duży palec u nogi, a przelotny kontakt z elektrycznym węgorzem to tyle co muśnięcie kablem o napięciu 350 V.)

Moją kąpiel podziwiała spora grupka Indian zgromadzonych na brzegu. Wciąż stanowiłem dla nich wielką atrakcję. Przez pierwsze kilka dni nie odstępują człowieka na krok i obserwują te wszystkie dziwy, które przywiózł ze sobą gringo: biała skóra, pieniący się szampon, plastikowa szczoteczka do zębów, a w moim przypadku także długi szew pooperacyjny, który mam na prawym boku.

W wieku lat pięciu wycięto mi kawał płuca. Po operacji została nieprzyjemna blizna. Zaczyna się z przodu, na klatce piersiowej, przechodzi pod ramieniem i kończy na plecach, aż za łopatką. Wyglądem przypomina tory dziecinnej kolejki, albo suwak błyskawiczny do śpiwora - długa prosta szrama z kilkudziesięcioma poprzecznymi szwami.

Zawsze robi wielkie wrażenie na Indianach. W ich mniemaniu człowiek, który przeżył takie rozharatanie ciała i od tego nie umarł, musi być obdarzony Wielką Mocą.

Zwyczajna blizna, a kilkakrotnie była przepustką na tereny zamknięte dla białych; kartą wstępu na sekretne indiańskie obrzędy. Pogrzeby, porody, odczynianie uroków - tego wszystkiego nie pokazuje się obcym. Chyba, że któryś ma odpowiednio szokującą szramę - dowód Wielkiej Mocy.

Za każdym razem muszę podawać jakąś jej genezę - Indianie domagają się Opowieści. Niestety, prosta prawda o chirurgu ze skalpelem odpada, bo nic z tego nie rozumieją. To musi być coś dostosowanego do lokalnych warunków i poziomu wiedzy. Na przykład historia o wielkich krokodylach pływających w Wiśle; albo o bardzo starym jaguarze, który miał już tylko jedno czerwone oko i jeden tępy pazur, ale i tak mnie nim rozharatał od przodu aż do tyłu.

- A ja go wtedy nożem! Od brzucha, w miejscu gdzie wyrastają tylne nogi, aż po same gardło. I potem padliśmy na sobie; zbroczeni krwią. A ta krew spieniona walką mieszała się, i mieszała, aż od tego zostaliśmy braćmi. Ja i stary jednooki jaguar. A potem mój brat-jaguar wyzionął ducha. I ten duch szukał sobie nowego miejsca. I poprzez otwarte żyły wszedł do mojego serca.

U Wai Wai-ów opowiedziałem o zardzewiałej maczecie i wojnie plemiennej z Kaszubami. A potem dodałem coś na temat szamanów w białych maskach z błyszczącymi nożami w dłoniach, którzy wznoszą okrzyki w rodzaju: Siostro, zacisk!

Wysłuchali. Popatrzyli. Pokiwali głowami. Poszeptali między sobą.

A potem już nikt nie odważył się obserwować mnie w kąpieli. I prosili żebym nigdy przy nich nie zdejmował koszuli, bo na Wielką Moc niebezpiecznie patrzeć.

Decydujący w tej sprawie był głos ich szamana, który stwierdził, że człowiek przerżnięty w taki sposób jak ja, już się nie zrasta. Tylko umiera. I to szybko. Więc jeśli ja nie umarłem, to znaczy, że potęga naszych szamanów przewyższa wszystko o czym on słyszał.

Następnego dnia rano, przed moim szałasem znalazłem wspaniały łuk i strzały. Były dużo lepsze od tego co udało mi się kupić (a właściwie wymienić) za pieniądze. Bo z Indianami tak jest, że bardziej cenią przyjaźń, męstwo, odwagę, dobrą opowieść, zabawę i wspólny śpiew, niż góry złota.


Copyright © Wojciech Cejrowski 2005 - 2017
Projekt i wykonanie Agnieszka Rajczak, kodowanie Marek Łaptaszyński. Wszystko pod czujnym nadzorem WC...