 Celem wyprawy była rzeka Madre de Dios - niezamieszkana, dzika. Zanim jednak dotarłem nad jej brzeg, musiałem pokonać sawannę (llanosy) i błota. Błota tak głębokie, że na kilka miesięcy w roku powstrzymują wszelki transport kołowy.
Właśnie kończyła się pora deszczowa. Z miasteczka u podnóża Andów wyruszył pierwszy w tym sezonie autobus. Kilka godzin później dołączyły jeszcze dwa oraz kilka ciężarówek - taki mały konwój niecierpliwych śmiałków. Albo uda mu się otworzyć błotną drogę - docierając do celu - albo utknie gdzieś i będzie tam musiał czekać tydzień, dwa... aż błoto obeschnie jeszcze trochę, "zwiąże" i da się ruszyć dalej.
Oczywiście mogłem nie wsiadać. Mogłem poczekać kilka dni, aż zawiadomią nas przez radio, że pierwszy konwój przejechał. Mogłem. Tylko wtedy nie byłoby już takiej przygody i takich zdjęć.
|